Justynę i Dawida zapewne kojarzycie z ich pleneru narzeczeńskiego. Czerwcowej, upalnej soboty nadszedł dzień ślubu, na który czekali kilka lat. To było jedno z tych wesel na których emocje i wzruszenia wzięły górę. Patrząc na Młodą Parę ciężko było nie uronić kilku łez, bo tak silne uczucie między dwojgiem nie zdarza się często. Każde spojrzenie jakim się obdarzali w trakcie ślubu i wesela było wymowne, ich spontaniczność w uściskach, gestach, trzymaniu się za ręce… coś pięknego. Sama kilkakrotnie chowałam się za aparatem wycierając łzy i rozmazany tusz do rzęs. Mszę świętą poprowadził wujek Pana Młodego. Piękne, proste kazanie skierowane bezpośrednio do młodych, a w nim zawartych kilka rad jak dobrze żyć razem, dbać o miłość i szanować się. Przysięga ślubna wypowiedziana prosto w oczy pełne łez. Później moc życzeń, uścisków i rozpoczęcie przyjęcia. Dekoracje na salę powstały wspólnymi siłami. Tata Pani Młodej wyciął plastry drewna na stoły, drewienka do winietek, Justyna sama zdobiła słoiki na świece, a przy wieszaniu girland pomagała reszta członków rodziny. Efekt robił niesamowite wrażenie. Podczas obiadu mieliśmy dość spore oberwanie chmury ale na szczęście było chwilowe dzięki czemu mogliśmy wyskoczyć w trakcie wesela na krótką sesję. To takie chwile tylko dla Was, z dala od muzyki, zgiełku i tysiąca spraw. Czas na głębokie spojrzenia, uśmiech już jako mąż i żona. Dalszą część zabawy wypełniały tańce i śpiewy do samego rana.

Na plener ślubny wybraliśmy dość popularną ostatnio Górę Zborów. Piękne miejsce, pełne potencjału i cudnych widoków. Na sam koniec sesji mieliśmy spore szczęście, ponieważ nad naszymi głowami akurat przelatywał balon, który urozmaicił nam końcówkę pleneru.

Zapraszam na historię Justyny i Dawida: